15 czerwiec 2009
Mam 38 lat, dwóch synków, męża, dom poza miastem, położony w spokojnej, pięknej okolicy i wielką pustkę w sercu.
Pomimo, że kocham ich wszystkich i nie wyobrażam sobie innego życia, z dala od tego wszystkiego, nie czuję się kochana i doceniana za to, co daję z siebie od wielu lat.
Chciałam stworzyć mojemu mężowi prawdziwą, kochającą się rodzinę i wiem, że udało mi się, ale on nie umie odbierać obiektywnie pewnych spraw.
Wychowany przez egocentryczną matkę, praktycznie bez ojca, który wcześnie zmarł, w domu, gdzie rządziły kobiety, stał się emocjonalnie zniewolony przez te, które niby go kochają. Od 9 lat naszego małżeństwa nie potrafię pogodzić się z faktem, że właśnie ja musiałam natrafić na taką “rodzinę”. Każda nasza sprzeczka wynikała z tego jak zachowuje się moja teściowa, jak traktuje mojego męża, nasze dzieci. Po jakimś czasie dołączyła do niej siostra męża.
Oczywiście to, że mąż nie miał odwagi zwrócić jej w niczym uwagi potęgowało całą tą chorą sytuację.
Chciałam być dobrą synową, mieć serdeczne stosunki z rodziną męża, ale to, co mnie spotkało z jej strony przekroczyło wszelkie normy normalności, a wręcz przyzwoitości.
Znałam męża za krótko, praktycznie nie poznałam jego domu rodzinnego, prawdziwego oblicza jego matki, nie widziałam, że jest rozhisteryzowaną megalomanką, przewrażliwioną na swoim punkcie, zarozumiałą i jednocześnie godną politowania w swoim zaślepieniu własną osobą, zakompleksioną samotną kobietą.
Powiem krótko - takie kobiety nie powinny rodzić dzieci. Nie nadają się na bycie matką, a nawet babcią. Najgorsze jest to, że ich dzieci powielają błędy swoich matek, po prostu nie potrafią kochać miłością dobrą, ciepłą, czułą, pełną poświęcenia.
Moja teściowa urodziła dwójkę dzieci, ale całą opiekę nad nimi zwaliła na barki swojej matki i (miała to szczęście) teściów. Ona jedynie pracowała zawodowo, co nota bene sprawiało jej ogromną przyjemność, bo jak sama twierdzi praca to najważniejsza sprawa w jej życiu, coś co kocha i nie umiałaby żyć bez niej. Prawdę mówiąc nie napracuje się za wiele, a karmi swą próżność, gdy może uchodzić za panią doktor. Wiadomo jak bezkrytycznie większość naszego społeczeństwa (zwłaszcza starsze osoby) traktuje lekarzy. Mojej teściowej jest to potrzebne jak tlen do życia. Tytułomania to jeden z wielu dowodów na jej kompleksy. Niestety wielokrotnie udowodniła, że poza wymądrzaniem się, szczególnej pomocy nawet w tym zakresie nie umie dać swoim najbliższym.







